- Kim wstawaj! - krzyknęła Margaret pukając w drzwi mojego pokoju. Wstałam z łóżka i powolnym krokiem ruszyłam do łazienki. Podkręciłam włosy lokówką i spuściłam je na ramiona. Założyłam to i zeszłam do kuchni na śniadanie.
- Po szkole wracasz do domu, czy gdzieś idziesz? - zapytała moja "mama".
- Wracam do domu. - powiedziałam i zajęłam się jedzeniem.
- Gdybyś zmieniła plany zadzwoń. - opowiedziała i zniknęła za ścianą. Zjadłam śniadanie i wyszłam z domu kierując się do nowej szkoły. Dotarłam w kilka minut. Weszłam do szkoły i poszłam do dyrektora.
- O proszę. Sierotka jednak postanowiła się zjawić. Tak jest, wiem co nie co o tobie... Bonn. - zapiszczała jakaś brunetka. Zignorowałam to. Nie mam zamiaru się przejmować jak jakaś plastikowa lalusia coś o mnie mówi. Szłam dalej nawet na nią nie patrząc. Weszłam do środka i odebrałam kluczyki do szafki. Jako pierwszą lekcję miałam historię. Podeszłam pod klasę nr 7. Po dzwonku wszyscy weszli do klasy i zajęli miejsca. Co mnie zdziwiło to prawie każda dziewczyna usiadła sama. Prawie 20 minut po rozpoczęciu lekcji, drzwi klasy otworzyły się. Stanął w nich przystojny brunet, z dwoma słodkimi pieprzykami na twarzy. Był wysoki i dobrze zbudowany. Nie wspomną o mięśniach, miał na sobie koszulkę z krótkim rękawkiem.
- Znowu spóźnienie! - krzyknął nauczyciel - Koza! Siadaj! - przystojniak rozejrzał się po klasie. Ruszył do ławki... Do mojej ławki.
- Mogę? - zapytał. Kiwnęłam twierdząco głową. Usiadł obok mnie.
- Jestem Jack - uśmiechnął się w moją stronę.
- Kim - odwzajemniłam jego gest. Jednak nauczyciel nie zamierzał tolerować przedstawienia się. Matko jaka szkoła.
- Panno Bonn, chcesz dołączyć do kolegi po lekcjach? - podszedł do naszej ławki krzyżując ręce na piersi.
- Wie pan, że nawet bardzo, a jeśli musisz po nazwisku to jestem Crawford - odparłam na co Jack ledwo powstrzymał się od śmiechu. Nauczyciel już miał coś powiedzieć, ale wyprzedził go dzwonek zwiastujący przerwę. Wzięłam książki i wyszłam z klasy. Jack okazał się nie tylko przystojny, ale także zabawny, sympatyczny i przyjacielski. Resztę dnia w szkole spędziliśmy razem. Ciągle rozmawialiśmy, a na większości lekcji sytuacja z historii powtórzyła się. Zadzwonił ostatni dzwonek, niestety nie dla mnie i Brewer'a. Jak to przez cały dzisiejszy dzień razem ruszyliśmy do sali tortur zwaną też 25. W środku nie było nikogo oprócz przysypiającego nauczyciela, którego zadaniem było pilnowanie nas. Usiedliśmy w ostatniej ławce żeby rozmowami nie zbudzić opiekuna.
- Naprawdę musimy tu siedzieć? - zapytałam po chwili.
- Monitoring. Tylko podejdziesz w stronę drzwi, a już zaczną panikować i cię zawieszą. - wyjaśnił.
- Ta szkoła jest beznadziejna. - powiedziałam i oparłam głowę o ścianę.
- Nie zawsze. Przynajmniej można spotkać ładną dziewczynę - uśmiechnął się w moją stronę. Czułam jak się czerwienię, ale starałam się to ukryć.
- Tak, a ja widziałam mnóstwo przystojniaków. - odparłam czekając na reakcję.
- A najlepszy z nich to..?
- To ten, który siedział przed nami na historii - nie odpuszczałam.
- Chyba nie mówisz poważnie?
- Może.
- Nie wiem co o nim myślisz, ale radzę, trzymaj się od niego z daleka. Dziewczyna, to dla niego zabawka. Jego motto brzmi "Im ładniejsza tym głupsza". Jeśli to by była jednak prawda to byś musiała być najgłupsza na świecie - uśmiech powrócił na jego twarz - Hej, jesteś tu nowa nie?
- Tak.
- To może wybierzemy się na mały spacer po mieście, tak na zwiedzanie - zaproponował.
- Jasne, tylko kiedy?
- Może nawet dzisiaj. Wpadnę po ciebie o 17:00. Co ty na to?
- Może być - uśmiechnęłam się.
- Tak w ogóle to skąd przyjechałaś?
- Z Chicago. Nigdy nie lubiłam tego miasta. Kojarzą mi się z nim nieprzyjemne wspomnienia. - Koza minęła szybko. Wyszliśmy ze szkoły. Bardzo dobrze nam się rozmawiało. Ciągle się śmialiśmy. Czas z Jack'iem mijał szybko i przyjemnie. Po drodze ze szkoły do domu już zaczęliśmy zwiedzanie w pewnym sensie. Mijaliśmy park i jakieś różne budynki, ale zbytnio nie zwracałam na nie uwagi.
- To tu - powiedziałam zatrzymując się przed furtką domu.
- To... Do zobaczenia. - powiedziałam i skierowałam się do środka.
- Nie przedstawisz mnie rodzicom? - zapytał w ostatniej chwili, gdyż już miałam otwierać drzwi.
- Ja nie mam rodziców - chyba przyszedł czas żeby u powiedzieć. W końcu wiecznie tego przed światem nie mogę ukrywać. Bałam się jego reakcji, ale trudno.
- Każdy ich ma - chyb mnie nie zrozumiał. Trudno więc trzeba bardziej wprost.
- Tak każdy. Tylko, że niektóre matki zostawiają swoje tygodniowe dziecko na progu domu dziecka. Z karteczką "Ma na imię Kim". - powiedziałam jednym tchem i weszłam do środka nie czekając na reakcję. Bałam się jej.
- Kim? Widzisz mówiła, że szybko znajdziesz znajomych. - powiedziała Margaret.
- Nie narzucajcie mi nazwiska - warknęłam.
- Co, o czym ty mówisz? - udawała, że nie rozumie o co chodzi.
- W dzienniku jest Kimberly Bonn. - nie zmieniałam tonu.
- Jeśli ci to tak przeszkadza to możemy je zmienić. My chcemy być twoją rodziną, nie powinnaś... - przerwałam jej.
- Nigdy nie będziecie moją rodziną! Mam być dla was miła, dla obcych ludzi, którzy postanowili mnie przygarnąć, bo co?! Bo zrobiło się wam mnie żal! Nie dzięki nie potrzebuje waszych litości! Proszę bardzo możecie mnie wywalić, to norma! Życie mi już i tak dokopało! Nie przejmuję się takimi bzdetami! - krzyczałam nie ukrywając mojej złości.
- Może jeszcze tego nie widzisz, ale my chcemy dla ciebie jak najlepiej. Nie poddamy się, albo wreszcie się z tym pogodzisz i postarasz się tak jak my nawiązać dobre kontakty, albo przez najbliższe trzy lata musisz się z nami użerać. - ona wręcz przeciwnie do mnie, mówiła zachowując spokój.
- No to wybieram to drugie - powiedziałam i pobiegłam na górę do swojego pokoju. Zamknęłam drzwi na klucz i rzuciłam plecak na łóżko. Przez nią przynajmniej na chwilę przestałam myśleć o Jack'u i tym jak zareagował na to co mu powiedziałam. Niestety te myśli zaraz wróciły. Usiadłam przy biurku i zaczęłam odrabiać pracę domową. Nagle "mama" mnie zawołała.
-Kim!
- Czego! - odkrzyknęłam.
- Ktoś do ciebie! - zeszłam na dół i w drzwiach zobaczyłam Jack'a. Co on tu robi?
- Cześć - powiedziałam trochę nie pewnie.
- Hej - uśmiechnął się. Spojrzałam na Margaret, która nadal stała obok mnie i uśmiechała się najszerzej jak tylko potrafiła.
- Co? - zapytała, kolejny raz nic nie ogarniając.
- Nie przypala ci się coś w kuchni? - zasugerowałam.
- Nie - no ale do niej trzeba wprost.
- Idź sobie - nareszcie, otrząsnęła się i poszła. Mój wzrok znowu skierował się na Brewer'a.
- O proszę. Sierotka jednak postanowiła się zjawić. Tak jest, wiem co nie co o tobie... Bonn. - zapiszczała jakaś brunetka. Zignorowałam to. Nie mam zamiaru się przejmować jak jakaś plastikowa lalusia coś o mnie mówi. Szłam dalej nawet na nią nie patrząc. Weszłam do środka i odebrałam kluczyki do szafki. Jako pierwszą lekcję miałam historię. Podeszłam pod klasę nr 7. Po dzwonku wszyscy weszli do klasy i zajęli miejsca. Co mnie zdziwiło to prawie każda dziewczyna usiadła sama. Prawie 20 minut po rozpoczęciu lekcji, drzwi klasy otworzyły się. Stanął w nich przystojny brunet, z dwoma słodkimi pieprzykami na twarzy. Był wysoki i dobrze zbudowany. Nie wspomną o mięśniach, miał na sobie koszulkę z krótkim rękawkiem.
- Znowu spóźnienie! - krzyknął nauczyciel - Koza! Siadaj! - przystojniak rozejrzał się po klasie. Ruszył do ławki... Do mojej ławki.
- Mogę? - zapytał. Kiwnęłam twierdząco głową. Usiadł obok mnie.
- Jestem Jack - uśmiechnął się w moją stronę.
- Kim - odwzajemniłam jego gest. Jednak nauczyciel nie zamierzał tolerować przedstawienia się. Matko jaka szkoła.
- Panno Bonn, chcesz dołączyć do kolegi po lekcjach? - podszedł do naszej ławki krzyżując ręce na piersi.
- Wie pan, że nawet bardzo, a jeśli musisz po nazwisku to jestem Crawford - odparłam na co Jack ledwo powstrzymał się od śmiechu. Nauczyciel już miał coś powiedzieć, ale wyprzedził go dzwonek zwiastujący przerwę. Wzięłam książki i wyszłam z klasy. Jack okazał się nie tylko przystojny, ale także zabawny, sympatyczny i przyjacielski. Resztę dnia w szkole spędziliśmy razem. Ciągle rozmawialiśmy, a na większości lekcji sytuacja z historii powtórzyła się. Zadzwonił ostatni dzwonek, niestety nie dla mnie i Brewer'a. Jak to przez cały dzisiejszy dzień razem ruszyliśmy do sali tortur zwaną też 25. W środku nie było nikogo oprócz przysypiającego nauczyciela, którego zadaniem było pilnowanie nas. Usiedliśmy w ostatniej ławce żeby rozmowami nie zbudzić opiekuna.
- Naprawdę musimy tu siedzieć? - zapytałam po chwili.
- Monitoring. Tylko podejdziesz w stronę drzwi, a już zaczną panikować i cię zawieszą. - wyjaśnił.
- Ta szkoła jest beznadziejna. - powiedziałam i oparłam głowę o ścianę.
- Nie zawsze. Przynajmniej można spotkać ładną dziewczynę - uśmiechnął się w moją stronę. Czułam jak się czerwienię, ale starałam się to ukryć.
- Tak, a ja widziałam mnóstwo przystojniaków. - odparłam czekając na reakcję.
- A najlepszy z nich to..?
- To ten, który siedział przed nami na historii - nie odpuszczałam.
- Chyba nie mówisz poważnie?
- Może.
- Nie wiem co o nim myślisz, ale radzę, trzymaj się od niego z daleka. Dziewczyna, to dla niego zabawka. Jego motto brzmi "Im ładniejsza tym głupsza". Jeśli to by była jednak prawda to byś musiała być najgłupsza na świecie - uśmiech powrócił na jego twarz - Hej, jesteś tu nowa nie?
- Tak.
- To może wybierzemy się na mały spacer po mieście, tak na zwiedzanie - zaproponował.
- Jasne, tylko kiedy?
- Może nawet dzisiaj. Wpadnę po ciebie o 17:00. Co ty na to?
- Może być - uśmiechnęłam się.
- Tak w ogóle to skąd przyjechałaś?
- Z Chicago. Nigdy nie lubiłam tego miasta. Kojarzą mi się z nim nieprzyjemne wspomnienia. - Koza minęła szybko. Wyszliśmy ze szkoły. Bardzo dobrze nam się rozmawiało. Ciągle się śmialiśmy. Czas z Jack'iem mijał szybko i przyjemnie. Po drodze ze szkoły do domu już zaczęliśmy zwiedzanie w pewnym sensie. Mijaliśmy park i jakieś różne budynki, ale zbytnio nie zwracałam na nie uwagi.
- To tu - powiedziałam zatrzymując się przed furtką domu.
- To... Do zobaczenia. - powiedziałam i skierowałam się do środka.
- Nie przedstawisz mnie rodzicom? - zapytał w ostatniej chwili, gdyż już miałam otwierać drzwi.
- Ja nie mam rodziców - chyba przyszedł czas żeby u powiedzieć. W końcu wiecznie tego przed światem nie mogę ukrywać. Bałam się jego reakcji, ale trudno.
- Każdy ich ma - chyb mnie nie zrozumiał. Trudno więc trzeba bardziej wprost.
- Tak każdy. Tylko, że niektóre matki zostawiają swoje tygodniowe dziecko na progu domu dziecka. Z karteczką "Ma na imię Kim". - powiedziałam jednym tchem i weszłam do środka nie czekając na reakcję. Bałam się jej.
- Kim? Widzisz mówiła, że szybko znajdziesz znajomych. - powiedziała Margaret.
- Nie narzucajcie mi nazwiska - warknęłam.
- Co, o czym ty mówisz? - udawała, że nie rozumie o co chodzi.
- W dzienniku jest Kimberly Bonn. - nie zmieniałam tonu.
- Jeśli ci to tak przeszkadza to możemy je zmienić. My chcemy być twoją rodziną, nie powinnaś... - przerwałam jej.
- Nigdy nie będziecie moją rodziną! Mam być dla was miła, dla obcych ludzi, którzy postanowili mnie przygarnąć, bo co?! Bo zrobiło się wam mnie żal! Nie dzięki nie potrzebuje waszych litości! Proszę bardzo możecie mnie wywalić, to norma! Życie mi już i tak dokopało! Nie przejmuję się takimi bzdetami! - krzyczałam nie ukrywając mojej złości.
- Może jeszcze tego nie widzisz, ale my chcemy dla ciebie jak najlepiej. Nie poddamy się, albo wreszcie się z tym pogodzisz i postarasz się tak jak my nawiązać dobre kontakty, albo przez najbliższe trzy lata musisz się z nami użerać. - ona wręcz przeciwnie do mnie, mówiła zachowując spokój.
- No to wybieram to drugie - powiedziałam i pobiegłam na górę do swojego pokoju. Zamknęłam drzwi na klucz i rzuciłam plecak na łóżko. Przez nią przynajmniej na chwilę przestałam myśleć o Jack'u i tym jak zareagował na to co mu powiedziałam. Niestety te myśli zaraz wróciły. Usiadłam przy biurku i zaczęłam odrabiać pracę domową. Nagle "mama" mnie zawołała.
-Kim!
- Czego! - odkrzyknęłam.
- Ktoś do ciebie! - zeszłam na dół i w drzwiach zobaczyłam Jack'a. Co on tu robi?
- Cześć - powiedziałam trochę nie pewnie.
- Hej - uśmiechnął się. Spojrzałam na Margaret, która nadal stała obok mnie i uśmiechała się najszerzej jak tylko potrafiła.
- Co? - zapytała, kolejny raz nic nie ogarniając.
- Nie przypala ci się coś w kuchni? - zasugerowałam.
- Nie - no ale do niej trzeba wprost.
- Idź sobie - nareszcie, otrząsnęła się i poszła. Mój wzrok znowu skierował się na Brewer'a.
W końcu, udało się, napisałam.
O niczym, ale powtórzę to samo co było na innym blogu trzeba od czegoś zacząć.
Rozdział dla Patty Howard i Idziochy:*
Do następnego, Pyśka.
Cudowny rozdział dla mnie? Dziękuję Ci, kochana :* A moim zdaniem jest o czymś :) Przeprowadzka Kim, nowa szkoła, poznanie Jacka, kłótnia z Margaret i wytłumaczenie sytuacji Kim :D O czymś, prawda? :*
OdpowiedzUsuńCzekam na nn^^
Kiedyyyyyyyyy następny ????????
OdpowiedzUsuńmasz ogromny talent !
Ale słodziutkie teksty :D
Dziewczyno masz wielki talent!!!!!!!!!!!Kocham.. <3<3<3<3<3<3<3<3<3<3<3<3<3<3<3<3<3<3<3<3<3<3<3
OdpowiedzUsuń