poniedziałek, 17 lutego 2014

Rozdział 2

 Mój wzrok znowu skierował się na Brewer'a. Był roześmiany z zaistniałej sytuacji lecz  próbował to ukryć.
- Byliśmy umówienia - powiedział nie tracąc uśmiechu z twarzy - Idziemy? - zapytał po chwili.
- Jasne - odpowiedziałam i ruszyliśmy przed siebie, powolnym krokiem.
- Przepraszam - powiedział nagle.
- Za co?
- Za tą gadkę o rodzicach, nie miałem pojęcia.
- Spoko, nic się nie stało. W sumie to ja przepraszam, miałam dzisiaj zły dzień.
- To może uda mi się to jeszcze zmienić. Chcesz iść ze mną do dojo?
- Trenujesz? - zapytałam z uśmiechem, który pojawia się na mojej twarzy. Nic nie mówił tylko chwycił mnie za rękę i poszliśmy do budynku nad, którym wisiał szyld z zielonym napisem "Bobby Wasabi". W środku było sześć osób. Blady chłopak, z czarnymi włosami i latynoskimi rysami twarzy, ładna niewysoka brunetka, chłopak, który siedział na ławce z jakimś notesem, śliczna blondynka stojąca obok latynosa, rudy, chudy chłopak z piegami i kolejna brunetka czytająca jakąś grubą książkę.
- Cześć wszystkim, to jest Kim. Poznaj Jerry'ego, Grace, Masona, Mikę, Miltona i Julię. - przedstawił wszystkich wskazując kolejno na nich palcem.
- Hej - przywitali się chórem.
- Dobra zaczynamy trening. - powiedział niski mężczyzna z czarnym pasem zwany "sensejem" - Czy to nowa uczennica? - zwrócił się do mnie.
- Ja... Nie, chciałam tylko popatrzeć - powiedziałam nie owijając w bawełnę.
- Dobrze, więc w takim razie usiądź obok Miki i Julii - powiedział. Zajęłam miejsce obok dziewczyn i oglądałam trening z uwagą. Najpierw były sparingi. Milton i Mason walczyli jako pierwsi. Po niecałej minucie wygrał Greybeck.
- Ty i Jack to coś poważnego? - zapytała Mika.
- Nie znamy się dopiero pierwszy dzień - oznajmiłam.
- I już zrobił na tobie wrażenie. Uważaj na niego. To typowy podrywacz. Nasz przyjaciel, ale co tydzień przyprowadza inną dziewczynę do dojo. Ty najwyraźniej wpadłaś mu w oko - zakończyła i odwróciła wzrok. Zwycięzca pierwszej walki stanął na macie z Grace. Ona wygrała i walczyła z Jerry'm. Byli na tym samym poziomie więc ta walka trochę zajęła. Jednak w rezultacie zwycięstwo odniósł Jerry. Teraz przyszła kolej na Jack'a. Na pierwszy rzut oka widać, że karate to jego prawdziwa pasja. W kilka sekund powalił Martineza na matę. Później sensei pokazywał im jakieś ciosy, a ja z Miką i Julią bardzo się polubiłyśmy. Całą resztę treningu przegadałyśmy i dobrze się poznałyśmy.
- Idziemy do Phila? - zapytał Milton.
- Ja i Kim idziemy się przejść. Jeszcze dużo do zwiedzenia nam zostało. - powiedział Jack - Chodź - powiedział i wyszliśmy z dojo. Przed tym dziewczyny rzuciły mi znaczące spojrzenie. Wyszliśmy z centrum i szliśmy przez park.
- Gdzie idziemy? - zapytałam jak skręcił w stronę małego, ale gęstego lasku.
- Zobaczysz. - trochę zwolniłam kroki.
- Nie bój się - powiedział i złapał mnie za rękę. Ruszyliśmy dalej, aż nagle się zatrzymał - Zamknij oczy - powiedział.
- Co ty kombinujesz? - zapytałam zdziwiona.
- No zamknij - powiedział i przyłożył dłoń do moich oczu. Objął mnie w pasie i powili zaczął iść dalej. Usłyszałam cichy szum morza. Pod nogami nie czułam już twardej wydeptanej ziemi i łamiących się gałązek, które spadły z drzew. Pewnie za sprawą wiewiórek czy innych zwierząt, które chodzą po drzewach.
- Witam na mojej własnej, mini plaży. - powiedział i odsłonił mi oczy. Było pięknie.
- Tu jest pięknie. - powiedziałam wpatrując się we wszystkie detale tego miejsca. Nagle zawiał zimny wiatr, przez który przeszedł mnie dreszcz. Jack musiał to zauważyć ponieważ Okrył mnie swoją bluzą a sam został jedynie w cienkim podkoszulku. Spojrzał mi w oczy i złączył nasze usta w słodkim pocałunku, jednak nie na długo. Szybko się od niego oderwałam.
- Ja... Nie chcę... - powiedziałam przypominając sobie słowa Miki - Dziewczyny powiedziały mi o tobie co nie co i nie chcę być potraktowana jak zabawka - powiedziałam i odwróciłam od niego.
- One powiedziały prawdę. Najprawdziwszą prawdę, ale pominęły jeden szczegół. Zmieniłem się i to jakiś czas temu. Mogły nie zauważyć, ale jedna dziewczyna przemówiła mi o rozsądku. Nie potrafiłbym cię skrzywdzić Kim, kocham cię. Od pierwszego razu gdy cie zobaczyłem w klasie do teraz, kocham cię. Wybacz jeśli cię jakoś skrzywdziłem, ale swojego uczucia nie zmienię. Jesteś inna niż wszystkie, ładniejsza, fajniejsza, mądrzejsza... Nie potrafiłbym skrzywdzić kogoś takiego - zakończył, a mi zrobiło się głupio - Chodźmy już może do domu. Odprowadzę cię, robi się ciemno, a to spory kawałek drogi - dodał i ruszył w stronę lasku. Poszłam za nim. Całą drogę żadne z nas się nie odezwało. Ja po prostu się wstydziłam. Chyba za szybko go oceniłam, a dziewczyny się myliły. On już taki nie jest. Gdyby kłamał to powiedziałby, że kłamały, ale on mówił, że one mówiły prawdę, najprawdziwszą prawdę. Myślałam o nim i jego słowach resztę drogi i w domu też. Aż do momentu w którym zasnęłam.

piątek, 31 stycznia 2014

Rozdział 1

- Kim wstawaj! - krzyknęła Margaret pukając w drzwi mojego pokoju. Wstałam z łóżka i powolnym krokiem ruszyłam do łazienki. Podkręciłam włosy lokówką i spuściłam je na ramiona. Założyłam to i zeszłam do kuchni na śniadanie.
- Po szkole wracasz do domu, czy gdzieś idziesz? - zapytała moja "mama".
- Wracam do domu. - powiedziałam i zajęłam się jedzeniem.
- Gdybyś zmieniła plany zadzwoń. - opowiedziała i zniknęła za ścianą. Zjadłam śniadanie i wyszłam z domu kierując się do nowej szkoły. Dotarłam w kilka minut. Weszłam do szkoły i poszłam do dyrektora.
- O proszę. Sierotka jednak postanowiła się zjawić. Tak jest, wiem co nie co o tobie... Bonn. -  zapiszczała jakaś brunetka. Zignorowałam to. Nie mam zamiaru się przejmować jak jakaś plastikowa lalusia coś o mnie mówi. Szłam dalej nawet na nią nie patrząc. Weszłam do środka i odebrałam kluczyki do szafki. Jako pierwszą lekcję miałam historię. Podeszłam pod klasę nr 7. Po dzwonku wszyscy weszli do klasy i zajęli miejsca. Co mnie zdziwiło to prawie każda dziewczyna usiadła sama. Prawie 20 minut po rozpoczęciu lekcji, drzwi klasy otworzyły się. Stanął w nich przystojny brunet, z dwoma słodkimi pieprzykami na twarzy. Był wysoki i dobrze zbudowany. Nie wspomną o mięśniach, miał na sobie koszulkę z krótkim rękawkiem.
- Znowu spóźnienie! - krzyknął nauczyciel - Koza! Siadaj! - przystojniak rozejrzał się po klasie. Ruszył do ławki... Do mojej ławki.
- Mogę? - zapytał. Kiwnęłam twierdząco głową. Usiadł obok mnie.
- Jestem Jack - uśmiechnął się w moją stronę.
- Kim - odwzajemniłam jego gest. Jednak nauczyciel nie zamierzał tolerować przedstawienia się. Matko jaka szkoła.
- Panno Bonn, chcesz dołączyć do kolegi po lekcjach? - podszedł do naszej ławki krzyżując ręce na piersi.
- Wie pan, że nawet bardzo, a jeśli musisz po nazwisku to jestem Crawford - odparłam na co Jack ledwo powstrzymał się od śmiechu. Nauczyciel już miał coś powiedzieć, ale wyprzedził go dzwonek zwiastujący przerwę. Wzięłam książki i wyszłam z klasy. Jack okazał się nie tylko przystojny, ale także zabawny, sympatyczny i przyjacielski. Resztę dnia w szkole spędziliśmy razem. Ciągle rozmawialiśmy, a na większości lekcji sytuacja z historii powtórzyła się. Zadzwonił ostatni dzwonek, niestety nie dla mnie i Brewer'a. Jak to przez cały dzisiejszy dzień razem ruszyliśmy do sali tortur zwaną też 25. W środku nie było nikogo oprócz przysypiającego nauczyciela, którego zadaniem było pilnowanie nas. Usiedliśmy w ostatniej ławce żeby rozmowami nie zbudzić opiekuna.
- Naprawdę musimy tu siedzieć? - zapytałam po chwili.
- Monitoring. Tylko podejdziesz w stronę drzwi, a już zaczną panikować i cię zawieszą. - wyjaśnił.
- Ta szkoła jest beznadziejna. - powiedziałam i oparłam głowę o ścianę.
- Nie zawsze. Przynajmniej można spotkać ładną dziewczynę - uśmiechnął się w moją stronę. Czułam jak się czerwienię, ale starałam się to ukryć.
- Tak, a ja widziałam mnóstwo przystojniaków. - odparłam czekając na reakcję.
- A najlepszy z nich to..?
- To ten, który siedział przed nami na historii - nie odpuszczałam.
- Chyba nie mówisz poważnie?
- Może.
- Nie wiem co o nim myślisz, ale radzę, trzymaj się od niego z daleka. Dziewczyna, to dla niego zabawka. Jego motto brzmi "Im ładniejsza tym głupsza". Jeśli to by była jednak prawda to byś musiała być najgłupsza na świecie - uśmiech powrócił na jego twarz - Hej, jesteś tu nowa nie?
- Tak.
- To może wybierzemy się na mały spacer po mieście, tak na zwiedzanie - zaproponował.
- Jasne, tylko kiedy?
- Może nawet dzisiaj. Wpadnę po ciebie o 17:00. Co ty na to?
- Może być - uśmiechnęłam się.
- Tak w ogóle to skąd przyjechałaś?
- Z Chicago. Nigdy nie lubiłam tego miasta. Kojarzą mi się z nim nieprzyjemne wspomnienia. - Koza minęła szybko. Wyszliśmy ze szkoły. Bardzo dobrze nam się rozmawiało. Ciągle się śmialiśmy. Czas z Jack'iem mijał szybko i przyjemnie. Po drodze ze szkoły do domu już zaczęliśmy zwiedzanie w pewnym sensie. Mijaliśmy park i jakieś różne budynki, ale zbytnio nie zwracałam na nie uwagi.
- To tu - powiedziałam zatrzymując się przed furtką domu.
- To... Do zobaczenia. - powiedziałam i skierowałam się do środka.
- Nie przedstawisz mnie rodzicom? - zapytał w ostatniej chwili, gdyż już miałam otwierać drzwi.
- Ja nie mam rodziców - chyba przyszedł czas żeby u powiedzieć. W końcu wiecznie tego przed światem nie mogę ukrywać. Bałam się jego reakcji, ale trudno.
- Każdy ich ma - chyb mnie nie zrozumiał. Trudno więc trzeba bardziej wprost.
- Tak każdy. Tylko, że niektóre matki zostawiają swoje tygodniowe dziecko na progu domu dziecka. Z karteczką "Ma na imię Kim". - powiedziałam jednym tchem i weszłam do środka nie czekając na reakcję. Bałam się jej.
- Kim? Widzisz mówiła, że szybko znajdziesz znajomych. - powiedziała Margaret.
- Nie narzucajcie mi nazwiska - warknęłam.
- Co, o czym ty mówisz? - udawała, że nie rozumie o co chodzi.
- W dzienniku jest Kimberly Bonn. - nie zmieniałam tonu.
- Jeśli ci to tak przeszkadza to możemy je zmienić. My chcemy być twoją rodziną, nie powinnaś... - przerwałam jej.
- Nigdy nie będziecie moją rodziną! Mam być dla was miła, dla obcych ludzi, którzy postanowili mnie przygarnąć, bo co?! Bo zrobiło się wam mnie żal! Nie dzięki nie potrzebuje waszych litości! Proszę bardzo możecie mnie wywalić, to norma! Życie mi już i tak dokopało! Nie przejmuję się takimi bzdetami! - krzyczałam nie ukrywając mojej złości.
- Może jeszcze tego nie widzisz, ale my chcemy dla ciebie jak najlepiej. Nie poddamy się, albo wreszcie się z tym pogodzisz i postarasz się tak jak my nawiązać dobre kontakty, albo przez najbliższe trzy lata musisz się z nami użerać. - ona wręcz przeciwnie do mnie, mówiła zachowując spokój.
- No to wybieram to drugie - powiedziałam i pobiegłam na górę do swojego pokoju. Zamknęłam drzwi na klucz i rzuciłam plecak na łóżko. Przez nią przynajmniej na chwilę przestałam myśleć o Jack'u i tym jak zareagował na to co mu powiedziałam. Niestety te myśli zaraz wróciły. Usiadłam przy biurku i zaczęłam odrabiać pracę domową. Nagle "mama" mnie zawołała.
-Kim!
- Czego! - odkrzyknęłam.
- Ktoś do ciebie! - zeszłam na dół i w drzwiach zobaczyłam Jack'a. Co on tu robi?
- Cześć - powiedziałam trochę nie pewnie.
- Hej - uśmiechnął się. Spojrzałam na Margaret, która nadal stała obok mnie i uśmiechała się najszerzej jak tylko potrafiła.
- Co? - zapytała, kolejny raz nic nie ogarniając.
- Nie przypala ci się coś w kuchni? - zasugerowałam.
- Nie - no ale do niej trzeba wprost.
- Idź sobie - nareszcie, otrząsnęła się i poszła. Mój wzrok znowu skierował się na Brewer'a.


W końcu, udało się, napisałam.
O niczym, ale powtórzę to samo co było na innym blogu trzeba od czegoś zacząć.
Rozdział dla Patty Howard i Idziochy:*
Do następnego, Pyśka.

niedziela, 26 stycznia 2014

Prolog + Wyniki ankiety

Śmierć rodziców, wypadek, choroba, rozwód, kłótnie, to wszystko jest niczym w porównaniu do bólu jaki przeżywa osoba, która wie, że jej rodzice są gdzieś na świecie, ale nie chcą widzieć dziecka na oczy.
Jedną z takich osób jest młoda dziewczyna o imieniu Kim. Zła na cały świat i samą siebie, z nikim nie chce utrzymywać żadnych kontaktów. Nie ma przyjaciół. Adoptowało ją 15-letnie małżeństwo, z zamiarem zapewnienia jej kochającej rodziny. Ona jednak nie chce pomocy od nikogo. Jest niemiła, i nie chce z nimi nawet rozmawiać. Richard i Margaret są miłymi ludźmi, którzy mimo sprzeciwów nastolatki nie poddają się i chcą znaleźć z nią wspólny język. 
Z drugiej strony szczęśliwa rodzina, dotychczas bez problemów. Syn, który odnosi sukcesy w tym co kocha. Brak jakichkolwiek kłótni, lub nieszczęść. Życie jakie można by sobie wymarzyć. Każdy by tak chciał, ale nie każdy może. Czy losy dwójki nastolatków pomimo dwóch różnych światów połączą się? 

Prolog jest gotowy. Ciekawi was, bo mnie wcale, ale zobaczę jak wam spasuje. Jakieś sugestie?
Piszcie w komentarzach, a jakieś na pewno wykorzystam. 
P.S. Zaktualizowałam bohaterów

WYNIKI ANKIETY:
Czy nadal mam pisać to opowiadanie?
Tak, pisz dalej  liczba głosów 1
Zacznij od nowa  liczba głosów 5
Skończ to pisanie całkowicie  liczba głosów 0 (to mnie zdziwiło, ale i ucieszyło :D)
Nie wiem rób co chcesz  liczba głosów 1
Zacznij od owa, ale już nie o Kick'u  liczba głosów 1

Na tej podstawie jest prolog,
Do następnego Pyśka.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Co mam robić?

Nie wiem co tu pisać. Może bym zaczęła tu inne opowiadanie. Też o KIK'U, ale od nowa i trochę inne. Jak wam się wydaje piszcie w komentarzach lub weźcie udział w ankiecie, po lewej. Jeśli jednak mam zacząć od nowa to ma to być normalne opowiadanie czy może o wampirach, wilkołakach, itp.
Pomóżcie!

niedziela, 19 stycznia 2014

Rozdział 5 {Nieprzewidziane zdarzenie}-cześć 1

- Jak mogłaś mi nie powiedzieć? - zapytałam ledwo słyszalnym głosem.
- Przepraszam, sama nie wiedziałam. To Jerry. - broniła się. Jak wszyscy weszli do środka, chciałam zamknąć drzwi, ale tłum ludzi wbiegł do domu. Gwałtownie otwierające się drzwi odepchnęły mnie do tyłu. Upadłabym na ziemię, gdyby ktoś mnie nie złapał. Odwróciłam głowę w stronę tego kogoś... był to Jack. Uśmiechał się od ucha do ucha.
- Nic ci nie jest? - zapytał.
- Nie, dzięki - odpowiedziałam, ale otrząsnęłam się, przecież w moim domu jest impreza... Kto jest za to odpowiedzialny... Zaraz, Jerry! - krzyknęłam w myślach. Jak na zawołanie sprawca się pokazał.
- Yo, Jack! Hej Kim. - powiedział uradowany, ale gdy zobaczył mój zabójczy wyraz twarzy od razu spoważniał - Co?
- Co to ma być? - zapytałam opanowując swoją złość.
- No sorry, ja tylko chciałem urządzić imprezę, żebyś nie była sama w tym wielkim domu i żebyś się choć trochę zabawiła.
- Ty jesteś taki głupi z natury czy ci za to płacą? - zapytałam ironicznie.
- Jestem spłukany. - powiedział i odszedł. Moje obawy były małe w końcu rodziców nie ma i nie dowiedzą się o tym bo nie mają od kogo... Zaraz przecież tu jest Mick! Muszę go jak najszybciej znaleźć i mu to wytłumaczyć oraz ubłagać żeby nie mówił mamie. A jeśli już jej powiedział, albo właśnie dzwoni! Moja głowa była pełna takich myśli. Ruszyłam przed siebie w poszukiwaniach kuzyna.
- Gdzie idziesz? - zapytał Jack.
- Poszukać kuzyna i ubłagać go, żeby nie mówił rodzicom o tej nieprzewidzianej imprezie.
- Iść z tobą? Przyda ci się obstawa - powiedział i strzelił z palców uśmiechając się. Odwzajemniłam gest i ruszyliśmy w tłum, z zamiarem odnalezienia Mick'a, ale na marne. Gdzie on się podział, jak wróciłam do domu to jeszcze tu był. Jest widzę go... Stoi w kuchni z jakimś plastikiem. Podeszłam do niego złapałam go za ucho i odciągnęłam trochę od niej. Zdziwił się moim zachowaniem, i już miał coś powiedzieć, ale zaczęłam pierwsza.
- Proszę ni mów rodzicom, to nie moja sprawka. - mówiłam z minął smutnego szczeniaczka.
- Może - zaczął.
- Nie możne tylko na pewno. - dodał Jack.
- Dobra nic nie powiem. - ulżyło mi. Trochę dziwne, że tak szybko poszło. Nie oglądając się za siebie wrócił do plastiku. Odprowadziłam go zdziwiony wzrokiem. Nagle usłyszałam dźwięk tłuczonego szkła. Razem z Jack'iem pobiegliśmy a miejsce zdarzenia. Waza mojej mamy, którą dostała od swojej babci z Indii. Leżała na ziemi cała porozbijana na miliony malutkich kawałeczków. W tym momencie jednak nie to było ważne. Obok kawałków pamiątki mojej rodzicielki leżał krwawiący i plączący Jerry. Maił całą rękę we krwi. Jack i Grace poszli go uspokoić a ja zadzwoniłam na pogotowie. Milton i Julia w tym czasie pozbyli się reszty towarzystwa. Karetka przyjechała po kilku minutach, ratownicy zabrali Martineza do szpitala, a ja i reszta martwiliśmy się o niego. Po mojej głowie błądziła też myśl "Co się stanie jak mama się dowie co się stało z jej wazą?". Wzięłam szufelkę i zmiotkę. Zaczęłam zbierać pozostałości brązowego szkła. Wrzuciłam je do kosza, nawet gdybym chciała posklejać ją w całość, nie udałoby się to. Porozbijała się na malutkie kawałki.
- Kim nie przejmuj się Jerry'emu na pewno nic nie będzie a z wazą coś się wymyśli. Pocieszała mnie Grace. Usiadłam na krześle w kuchni. Z chęcią bym teraz do niego pojechała ale już za późno na odwiedziny w szpitalu. Kilka minut później w domu zostałam już tylko ja i Mick. Wzięłam 3 godziny prysznic na rozluźnienie i w piżamie, udałam się do pokoju. Weszłam na Facebooka. Dostępny był Jerry! Jakim cudem przecież niedawno płakał i krzyczał z bólu. Karetka go zabrała do szpitala a tu nagle nic mu nie jest i napisał, że nie może sie doczekać jutrzejszej imprezy. Słowo daję jak go zobaczę to nie ręczę za siebie.
                                                                                           

Dobra mam całkowitą pustkę w głowie, ale moja przyjaciółka się uparła, że mam dzisiaj dodać rozdział więc jest... połowa. Dedykuję tę połowę Wikandzie za ten jakże uroczy wpis na mojej osi czasu na fb. Pamiętaj, że mam twoją fotkę zrobioną dzisiaj koło 1 w nocy. Kocham cię i życzę ci wszystkiego najgorszego :*

czwartek, 2 stycznia 2014

Rozdział 4 {Jak mogłaś mi nie powiedzieć?}

Mogą uważać, cię za szaleńca, ale gdy ci się powiedzie bez wahania spróbują tego samego...
                                                    

Obudziłam się o 6:00. Wstałam powolnym krokiem z łóżka i poszłam do łazienki. Wzięłam 10 minutowy prysznic, ponieważ miałam więcej czasu niż zazwyczaj. Założyłam to, włosy lekko podkręciłam i spuściłam na ramiona. Pomalowałam usta błyszczykiem, a oczy podkreśliłam kredką i tuszem. Spryskałam się perfumami i spakowałam książki do torby. Wzięłam ją ze sobą i weszłam na dół. W kuchni z moja mamą stał Mick. Nic się nie odzywając usiadłam do stołu i zjadłam śniadanie. Złapałam torbę i wyszłam z domu rzucając krótkie "Pa". W drodze do szkoły włożyłam słuchawki do uszu i puściłam muzykę. Do szkoły dotarłam nawet szybko. Podeszłam do swojej szafki, ale zanim zdarzyłam ją otworzyć, ktoś mi przeszkodził. Tym ktosiem była oczywiście Grace.
- No hej... - zaczęła - No mów.
- No więc... Jadę! - krzyknęłam i się przytuliłyśmy. 
- Świetne rozmawiałam wczoraj z Rudy'm. Powiedział, że jedzie też Bobby, każdy ma oddzielny pokój i jedziemy na całe ferie, czyli dwa tygodnie. Jak nie będziemy zajęci treningami, to możemy chodzić zwiedzać i w ogóle co tylko chcemy. Bobby powiedział też, ze kupi nam wszystkim po jakiejś jednej odjazdowej pamiątce, ale to dostaniemy dopiero pod koniec wycieczki i to ma być niespodzianka i nit o tym nie wie. Ja sama o tym wie, dlatego, ze Rudy nie est zbyt dyskretny i mi powiedział, ale nikt ma się o tym nie dowiedzieć, dobra... A zwłaszcza Jerry bo ten to dopiero gaduła. - wreszcie skończyła.
- Kto gaduła? - zapytał Martinez podchodząc do nas.
- Yyy... Ruudyy. - powiedziała przeciągając samogłoski.
- Ooo... Tak rzeczywiście. - uwierzył i podszedł do Jack'a stojącego przy szafce naprzeciw.
- Wpadniesz dzisiaj do mnie? - zapytałam
- Jasne, ale na pewno nie na noc, bo mama zabroniła mi po tym jak późno wróciłam od Jeee... - ugryzła się w język.
- Od kogo? - zapytałam marszcząc brwi.
- Od Jeremy'ego... - dokończył w końcu.
- Znam cię zbyt dobrze, żeby w to uwierzyć. Mów u kogo byłaś.
- U Jerry'ego. - powiedziała ledwo słyszalnym głosem.
- U Martineza? - powiedziałam nie mogąc uwierzyć w to co usłyszałam. Wiem, że Grace się w nim podkochiwała, ale nie, że coś kręcą.
- Tak, chyba jesteśmy parą.
- I ty miałaś czelność mi o tym nie powiedzieć! - krzyknęłam
- Bałam się...
- Ale czego? - chyba jej nie zrozumiałam.
- Tego, że... No właśnie... Nie wiem.. Po prostu się bałam...
- Dziewczyno jesteśmy przyjaciółkami i mi możesz powiedzieć o wszystkim. Od kiedy?
- No właśnie od... miesiąca...
- I nikt o tym nie wie?
- Nie, nikt... I myślę, że ty też nikomu nie powiesz.
- Jasne jak nie chcesz to nie powiem, ale dlaczego nie chcecie, żeby ktoś się dowiedział?
- Bo chcemy, żeby to było pewne, a my tylko tak, gdzieś wyjdziemy i tyle nawet się jeszcze nie całowaliśmy. - powiedziała, a po chwili dodała - Obiecasz, że na pewno nikomu nie powiesz? - powiedziała i się lekko uśmiechnęła.
- no jasne. - powiedziałam odwzajemniając gest. Zadzwonił dzwonek zwiastujący katorgę. Poszliśmy wszyscy do klasy. Usiadłam z Thomson. Milton oczywiście z Julią w pierwszej ławce, a zaraz przed nami Brewer i Martinez. Nauczycielka sprawdziła obecność i zaczęła swoje wykłady, które słuchali chyb tylko zakochańce z pierwszej ławki. 
- Dostałam karteczkę od Jack'a, niestety jej treść nie była taka jakiej bym oczekiwała.
"Zaraz po szkole wszyscy idziemy do dojo, bo musimy obgadać sprawę wycieczki." 
 Pokazałam ją Grace. Ta napisała coś na odwrocie i rzuciła kawałek papieru do Jerry'ego. On odpisał i tak już do końca wszystkich lekcji. Po szkole tak jak się umówiliśmy poszliśmy do dojo. W środku nie było nikogo, może jeszcze nie przyszli? Albo chłopaki robią sobie żarty, nie przecież oni też tu są.
- Rudy! - krzyknął Latynos i rozglądnął się dookoła. Po kilku sekundach ze swojego gabinetu wyszedł Gillespie(Rudy), wraz z Bobby'm.
- O już jesteście. Jerry? - zdziwił się na jego widok.
- Co? - zapytał nie ogarniając.
- Nie zostałeś w kozie?
- Poprawka "Klubie Jerry'ego". - poprawił go - Nie... Zależy mi na tej wycieczce, więc nic nie wykręcałem.
- Bardzo się cieszę. Musimy obgadać parę rzeczy. Najpierw czy wszyscy mają zgody?  zapytał. Każdy wręczył mu podpisaną kartkę i usiedliśmy na ławeczkach. - Więc równo za tydzień w piątek o godzinie 8:00 rano macie tu być wszyscy. Nie będziemy czekać na spóźnialskich. Góra dwie walizki i jeden bagaż podręczny. Weźcie ubrania na wszystkie okazje, od plaży po kurtki zimowe, które może nie będą potrzebne. Weźcie też stroje wieczorowe, po turnieju wszystkie drużyny mają bal. Będziemy zwiedzać, więc nie zapomnijcie aparatów i przede wszystkim, nie wolno brać alkoholu... - z ostatnim zdaniem zwrócił się do Jerry'ego.
- Spoko, nie bój się nawet nie będziesz wiedział, że go mam.
- Jerry, bo nie pojedziesz. - ostrzegł Rudy, a ten się zamknął - Wracając... Jedziemy na całe ferie czyli dwa tygodnie. Posiłki i hotel opłacane, ale jeśli będziecie chcieli coś kupi to nie zapomnijcie rozbić skarbonki. Poza treningami jesteście zdani na siebie. Możecie chodzić i zwiedzać co chcecie, tylko mi się nie zgubić jeden wybryk i nie ruszacie się sami z hotelu do końca wyjazdu. Każdy ma swój pokój, możecie się nimi wymieniać nocować u siebie, robić imprezy, ale nic nie zniszczcie. W razie co zawsze możecie zwrócić si do mnie lub do Bobby'ego. Zrozumiano?
- Tak - powiedzieliśmy wszyscy chórem.
- Rudy czy Julia też mogłaby jechać? - zapytał Milton.
- A czy jest jedną z uczennic z naszego dojo?- -odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Nie.
- no więc masz odpowiedź.
- Ale Rudy, nie wytrzymam dwóch tygodni bez mojej Julii. Bobby?
- Ja nie wiem co mam robić... Uwielbiam takie romantyczne scenki, ale my jedziemy na turniej... Milton przestań tak na mnie patrzeć.
- Bobby, dwie dziewczyny i trzech chłopaków, troszkę nie fair. - dodałam, a Grace przytaknęła.
- Och... Niech wam będzie może jechać. - uległ nam wszystkim. Uradowani udaliśmy się do swoich domów. Grace miała do mnie przyjść, żeby pooglądać jakieś filmy. Dotarłam do domu... O nie całkowicie zapomniałam, że Mick tu jest... No to po wieczorze. Znając mojego kuzyna wszystko zepsuje. Dlaczego to ja muszę mieć takiego pecha.Ja weszłam do środka leżał sobie wygodnie na kanapie i oglądał TV. On ma teraz wakacje...
- Hej Kim, może masz ochotę na spaghetti? - zapytał energicznie podnosząc się z kanapy.
- Od ciebie... Nie.
- Ale dlaczego od razu taka wrogość? - ignorując go poszłam na górę i położyłam torbę na łóżku. Weszłam do łazienki w celu odświeżenia się. Poprawiłam włosy i makijaż. Wyszłam z niej i zadzwonił dzwonek do drzwi. Szybko zeszłam na dol i zobaczyłam jak Mick stoi przy drzwiach i z kimś rozmawia, tym ktosiem była oczywiście moja przyjaciółka. Wszędzie rozpoznam jej głos. Podeszłam do drzwi i wepchałam się przed niego... Przed drzwiami stała nie tylko Grace, ale tez Milton, Julia, Jerry i Jack. Uśmiechnęłam się sztucznie i pociągnęłam Thomson za sobą do środka tak aby mogła mnie słyszeć jak szepcze.
- Jak mogłaś mi nie powiedzieć? - zapytałam ledwo słyszalnym głosem...

środa, 1 stycznia 2014

Rozdział 3 {Wycieczka}

Trwanie w poczuciu krzywdy i gniewie, jest jak picie trucizny i oczekiwanie, że umrze ktoś inny...
                                                                    

- No więc - zaczęła - Przyjeżdża do nas na jakiś czas twój kuzyn, Mick.
- Że co, to on już nie ma co z życiem robić tylko mi je zatruwać! - krzyknęłam zła. On jest... OHYDNY!!! Nie lubi mnie, a ja jego. Ciągle musi mi docinać i mnie ośmieszać. - A jak jest ta dobra wiadomość? - zapytałam jak już trochę ochłonęłam.
- Zapowiada się, ze tu zostajemy na stałe. - powiedziała i szeroko się uśmiechnęła.
- Czyli to jeszcze nie jest pewne. - nie ukrywam, że to już mnie ucieszyło, ale znając moich rodziców tu też długo nie pobędziemy... Chociaż w sumie jeszcze nigdy nie mówili nic o tym, ze to jest prawie pewne... Może jest szansa?
- Jeszcze nie dowiemy się na sto procent jak wróci twój tata. - -powiedziała i wróciła do gotującego się obiadu.
- Mamo...? - przypomniałam sobie, że miałam się zapytać, czy mogę się zapisać na lekcje karate.
- Tak?
- Mogę się zapisać do dojo? - zapytałam z nadzieją w głosie.
- Znowu... A co z nauką? - zapytała nie odrywając się od wcześniejszej czynności.
- Wiesz, że nie oleje szkoły, a karate to by było takie małe odprężenie... Odpoczęłabym od wszystkiego uderzając w manekiny... A to mi się przyda jak Mick tu przyjedzie... Tak w ogóle to kiedy ma zamiar się tu pojawić?
- Dzisiaj wieczorem, może, ale jutro do południa na pewno. Możesz iść do tego dojo. - rozweseliła przynajmniej tym, szybko pobiegłam do pokoju i się przebrałam w wygodniejsze ubrania. Wzięłam klucze do domu, telefon, gumy do żucia i portfel. Wybiegłam z domu rzucając krótkie "Pa" i pognałam do dojo. Mam 10 minut na dojście, więc powinnam zdążyć. W środku byli tylko Jerry i Rudy. Weszłam do środka i podeszłam do nich.
- Hej. - przywitałam się z uśmiechem.
- Witaj Kim... To jak zapisujesz się? - zapytał z nadzieją Rudy.
- Tak. - nie tracąc uśmiechu z twarzy.
- To świetnie idź się przebrać, Jerry ty też. Dzisiaj ma przyjść Bobby. - oznajmił i poszedł do swojego gabinetu. Poszłam do szatni i przebrałam się w kimono. Jak wychodziłam z szatni minęłam się z Grace. Przywitałam się z nią przytulasem. Chłopaki już się dawno przebrali i już się rozgrzewali. Jak dołączyła o nas Grace zaczęliśmy trening. Z racji tego, ze ma przyjść Bobby, Rudy ogłosił, ze najpierw będą sparingi.
- Najpierw Milton z Jerrym. - powiedział. Chłopaki stanęli na macie i zaczęli walczyć. Wygrał Jerry. Teraz walka między Grace a Jerry'm. Wygrała moja przyjaciółka, więc ja miałam z nią walczyć. Walczyłyśmy 5 minut i to ja odniosłam zwycięstwo. Najlepsze jest to, że nikt się nie przejmuje tym ze przegrał lub wygrał. Po prostu, się bawią. Gdy ja i Jack mieliśmy zacząć ostatnia walkę, do budynku wszedł duży koleś z czarnymi długimi włosami i wąsami. Miał ma sobie dziwną sukienkę.
- Bobby, witaj. Przyszedłeś na najlepszy moment. - oznajmił Rudy i razem z Wasabi'm usiedli na jednej z ławek. Zaczęła się walka. Blokowałam każdy jego cios i z wzajemnością. Walczyliśmy 15 minut, aż wreszcie Jack wykorzystał moja chwile nieuwagi i wylądowałam na macie. Podał mi rękę. Złapałam się jej i wstałam na równe nogi.
- Brawo, nigdy nie widziałem takiej walki. - powiedział Bobby i się uśmiechnął - Jak się nazywasz?
- Kim.
- Świetnie Kim. Mam dla was ogłoszenie. - oznajmił. Wszyscy włącznie z Rudy'm zabraliśmy się wokół niego - Za tydzień jedziemy na turniej do Barbados.
- To świetnie, słyszałem, ze to piękny kraj. - dodał Milton.
- Bardzo piękny, wycieczka jest sponsorowana przeze mnie. Wy musicie tylko przynieść zgody podpisane przez rodziców. - powiedział i podał każdemu kartkę - To by było na tyle, możecie iść się przebrać. - pobiegłyśmy z Thomson do szatni. Szybko się przebrałyśmy i umówiłyśmy się, że idziemy do Phila Falafela.
- Chłopaki idziecie z nami do Phila? - zapytała Grace.
- Jasne tylko wezmę, rzeczy - powiedział Jerry i podbiegł do szafki. Jak już wszyscy byli gotowi wyszliśmy z dojo i poszliśmy na falafele. Usiedliśmy przy stoliku. Ja Grace po jednej stronie, Jack i Milton po drugiej, a Jerry zabrał krzesło z innego stolika i przysiadł się do naszego. Zamówiliśmy posiłek.
- Kim, jedziesz na wycieczkę? Rodzice, a raczej mama ci pozwoli? - zapytała blondynka.
- Spokojnie pojadę. - powiedziałam.
- A ty Jerry jedziesz? - zapytała z uwodzicielskim uśmiechem w jej wykonaniu.
- Co? O tak jasne, że jadę. - powiedział i odwzajemnił jej gest. Kelner przyniósł nam nasze zamówienia. Zjedliśmy wszystko i zapłaciliśmy za posiłek. Wróciłam do domu o 17:30. Poszłam do pokoju i przypomniałam sobie o szkole przecież ja muszę jeszcze zrobić zadanie i się nauczyć na jutro. Szybko otworzyłam książki i zajęłam się tym. Na szczęście nie było dużo bo nie wiem do której bym siedziała. Po skończonej robocie wzięłam kąpiel i założyłam piżamę. Usiadłam przed laptopem i włączyłam Facebooka. Dostępna była Grace, i napisała do mnie:
G;Hej pytałaś się już mamy czy możesz jechać?
K;Nie, całkowicie wypadło mi z głowy.
G;No to się zapytaj teraz ;)
K;Dobra zaraz pójdę.
G;No to trzymam kciuki :*
K;Do zobaczenia :D
 Wstałam i poszłam do mamy, siedziała w kuchni. Usiadłam bok niej i się do niej mocno przytuliłam.
- Co jest? - zapytała.
- Mam prośbę.
- Jaką.
- Mogę jechać na turniej.
- A gdzie i z kim?
- Z uczniami dojo, do Barbados.
- Do Barbados? A na ile?
- Nie wiem, ale za tydzień wtedy będą ferie.
- Dokładniej mi powiesz z kim jedziesz?
- Z Grace, Miltonem, Jerry'm i Jack'iem.
- Możesz. - powiedziała, po krótkiej chwili zastanowienia. 
- Serio, dzięki, dzięki, dzięki... - zaczęłam się drzeć na cały dom - Jeszcze tylko to podpisz. - powiedziałam i położyłam karteczkę przed jej nosem. Chciałam iść na górę, ale mama jeszcze na chwilkę mnie zatrzymała.
- Kim ja i tata musimy jechać na trzy dni na drugi koniec miasta. Poradzisz sobie sama?
- Mamo, mam siedemnaście lat.
- No właśnie dlatego pytam. 
- Tak poradzę sobie. - powiedziałam i poszłam na górę. Miałam cztery zaproszenia do znajomych, od: Miltona, Jerry'ego, Julii i Jack'a. Wszystkie zaakceptowałam i położyłam się spać.
                                                                       

Ta dam... Jest trzeci rozdział. Trochę mnie zacięło, ale napisałam;)
Kocham i czekam na komentarze :D

Nowy rok ;)

Każdy nowy rok to zupełnie nowa książka zawierająca 365 pustych stron.
Wypełnij ją tym wszystkim czego nie zrobiłaś w starym roku:
Słowami, których bałaś się wypowiedzieć
Miłością, której nie miałaś czasu okazać i dobrocią, którą zapomniałaś kogoś obdarować.
SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU I PEŁNEGO ZMIAN NA LEPSZE!!!
ŻYCZY PYŚKA :*